KULTURA
Europejskie Dni Dziedzictwa Drukuj Email
Redaktor: Szyntor-Bykowska Anna   
07.10.2008.

 

    Oto  praca, która zwyciężyła w konkursie literackim,  zorganizowanym w naszym gimnazjum w ramach Europejskich Dni Dziedzictwa. 

Jej autorką jest Klaudia Glinko   (III C). 

Szczecin 11.08.2008r.

Parę dni temu spacerowałam po domu, przypominając sobie różne wydarzenia z mojego dzieciństwa. Między innymi to jak w kuchni babcia uczyła mnie gotować, albo jak razem z dziadkiem siadaliśmy na werandzie i patrzyliśmy w gwiazdy. Przypomniało mi się również jak kiedyś babcia wspominała mi, że nasza rodzina ma niemieckie korzenie i coś na ten temat jest na strychu, więc nie wiele myśląc pognałam tam co sił w nogach by odnaleźć to o czym mówiła babcia. Na strychu było mnóstwo różnego rodzaju bibelotów, ale moją uwagę od razu przykuła wielka skrzynia stojąca w rogu pomieszczenia. W środku były zdjęcia, kilka książek, jakieś papiery nawet suknia ślubna oraz jakiś notes, a właściwie pamiętnik .Jak głosił napis na okładce należał do Berty Grubert geh. Weyber. Był oprawiony w starą zniszczoną skórę z pożółkłymi kartkami. Musiał być bardzo stary, ponieważ atrament, którym pisano był miejscami wyblakły.

 

„Był rok 1857, gdy ja mała Berta Weyber przyszłam na świat. Dorastałam w małej wsi na Pomorzu, gdzie mając dziewiętnaście lat poślubiłam moją pierwszą i ostatnią miłość Hermana Gruberta. Ach co to był za ślub. Zeszła się cała wieś i bawiła się z nami do białego rana. Po roku naszego małżeństwa pojawiło się na świecie nasze pierwsze dziecko, Stefen. Był on owocem naszej wielkiej miłości. Z czasem jednak ona nie wystarczała, gdy za panowania Ottona von Bismarcka przyszła bieda i głód. Rząd pruski wykupił naszą podupadającą ziemię i przekazał ją kolonistom niemieckim, dlatego nie mając wyboru przenieśliśmy się do Stetina, gdzie mój mąż zatrudnił się w Browarze. Zamieszkaliśmy w małym uroczym domku na Zullchow. Jednak jak wszystkim mogłoby się wydawać wcale nie byłam zadowolona z przeprowadzki. Wtedy nic mnie w Stetinie nie urzekło wręcz przeciwnie, nie podobało mi się tu. To miasto było szare, bure i zatłoczone. Brakowało mi pól i lasów, zwyczajnej zieleni. Z czasem jednak przywykłam i zauważałam coraz więcej kolorów. Przez pewien okres siedziałam w domu i rodziłam dzieci. Tak, tak dzieci gdyż przybyła ich trójka. Oprócz Stefena był jeszcze Helmund, Hans i Anita. Moja kochana dziatwa, lecz czasem tak dawała mi w kość, że miałam wszystkiego dosyć, ale wtedy przytulał mnie mój Herman i podnosił na duchu. On zawsze wiedział, czego mi trzeba. Wystarczyło, że przy mnie był i kochał. To on któregoś dnia zabrał mnie do Teatru Miejskiego (dostał bilety dołączone do awansu na kierownika) gdzie przeżyłam jedne z najpiękniejszych chwil w moim życiu.

A było to tak.Pewnego dnia, gdy Herman wrócił z pracy był niezwykle uradowany. Nie wiedziałam skąd ta radość u niego, gdyż zawsze jak wracał był bardzo zmęczony a tu proszę taka odmiana, ale do rzeczy. Zapytałam się go skąd ta radość, a on z wielkim uśmiechem na ustach oznajmia mi, że awansował na kierownika Browaru. Byłam taka szczęśliwa i dumna z mojego męża. Dopiero później jak emocje opadły zapytał mnie „…Czy moja kochana żona nie wybrała by się ze mną do teatru?…” Byłam wniebowzięta i tak o to późnym popołudniem znaleźliśmy się na sali teatralnej. Po przedstawieniu Herman zaprosił mnie na spacer po Starówce, gdzie złożył mi życzenia z okazji naszej dziesiątej rocznicy ślubu i powiedział, że ma dla mnie niespodziankę. Nie zdradzając więcej szczegółów zaprowadził mnie na Tarasy Hakena, gdzie mym oczom ukazał się niesamowity widok. Akurat w tym momencie słońce chowało się już za horyzont, a widok jaki temu towarzyszył był niesamowity. Na niebie rozgrywała się tęcza barw. Był różowy z odrobiną czerwieni, żółty z lekkim pomarańczem, a to wszystko odbijało się na spokojnie płynącej Odrze. To miejsce urzekło mnie od razu. Miało swego rodzaju czar, gdyż człowiek nie mógł oderwać od niego wzroku. To był najlepszy prezent z okazji rocznicy ślubu jaki mogłam sobie wymarzyć… .”Dalej atrament był tak wyblakły, że nic nie można było przeczytać. Nie wiem ile czasu spędziłam na strychu, gdyż zupełnie straciłam rachubę czasu, że nawet nie zauważyłam kiedy babcia dołączyła do mnie. Gdy dowiedziała się, że czytałam pamiętnik to opowiedziała mi ciąg dalszy historii Berty i Hermana naszych przodków. Dowiedziałam się, że Herman zmarł rok po I wojnie światowej dzielnie walcząc z nieuleczalną chorobą oraz, że do końca byli zakochani w sobie jak para nastolatków po mimo tylu spędzonych lat ze sobą. Berta natomiast bardzo często chodziła na Tarasy Hakena i podziwiała zachód słońca aż pewnego dnia słuch o niej zaginął. 
Zmieniony ( 09.10.2008. )
 
Cyrk Zodiak Drukuj Email
Redaktor: Szyntor-Bykowska Anna   
07.10.2008.

Tekst, który przygotował i opracował Tomasz Lewandowski (IID).

Cyrk Zodiak- Grupa zapaleńców, zdolnych do wielkiego poświęcenia w dążeniu do własnego celu. Tak najkrócej można opisać 16 osób realizujących projekt, z dwoma trenerami włącznie. Trenujemy co tylko możemy, każdy jest w czymś dobry. Każdy jest też inny, ale wszyscy się nawzajem uzupełniamy. Dajemy show, chcemy zostać zauważeni. Historia cyrku sięga zamierzchłych czasów, w których w głowie Pawła Królika narodziła się idea cyrkowa. Napisał on prośbę o dofinansowanie, i kiedy już je dostał, zaczęły się pierwsze działania. Z czasem do cyrku zaczęli dołączać jego obecni członkowie. Cyrk się rozrastał.

Ja: Jak narodziła się idea powstania Cyrku Zodiak?

Królik: W trakcie mojej pracy w Berlinie w Cabuwazi z czasem doszedłem do przekonania, że praca z młodzieżą i dziećmi wykorzystując cyrk i teatr jako formę jest tym, co chciałbym robić przez całe życie. To w połączeniu z moja pasją teatru… chyba też pracy z ludźmi... oraz zakorzenionym przekonaniem, że w życiu należy być aktywnym i trzymać się swoich marzeń sprawiło, iż postanowiłem ten pomysł zrealizować. W miedzy czasie trochę spontanicznie napisałem wniosek o dofinansowanie do Europejskiego Funduszu Skautowego na projekt "Cyrk Zodiak" - złożyliśmy ten wniosek jako 81 drużyna Wędrownicza Zodiak i zupełnie spontanicznie pieniądze się pojawiła - wiec pojawił się pierwszy sprzęt i działania... czas pokazał, że ten pomysł się przyjmuje i podoba... co jeszcze bardziej mnie przekonało ... że chcę to robić.

Ja: Cyrk Zodiak jest projektem pod patronatem stowarzyszenia „Tacy Sami” Czy pomysł, by rozpocząć z nimi współpracę był od początku, czy był tak samo spontaniczny?

Królik: Nie, to przemyślana decyzja. Chciałem żeby cyrk zodiak pozostał projektem - Stowarzyszenie jest potrzebne jako formalny partner (podkładka pod projekty, wnioski, partner dla miasta, sponsorów itp.)

Ja: Dobrze. Przenieśmy się zatem jeszcze przed Cyrk Zodiak i jego partnerów. Co sprawiło, że znalazł się druh w Cabuwazi?

Królik: Przypadek. Kolega mi powiedział, że jego znajoma robi warsztaty teatralno-cyrkowo-taneczne, i spytał, czy nie chcę pojechać. Pojechałem. Tam też poznałem, wolontariuszke z Cabuwazi- Yael. Dowiedziałem się, że są partnerami projektu wolontariatu europejskiego. Kiedy 3 lata później myślałem, gdzie pojechać na wolontariat- padło na Cabuwazi.

Ja: I ta sama pasja popchnęła druhna do założenia Teatru Karton?

Królik: No, to było już dawno temu. To nie ja byłem inicjatorem Teatru Karton, ale jestem w tej ekipie od początku i sporo krwi wylałem w jego rozwój.

Ja: A ma druh jakieś większe plany, co do tego Cyrku?

Królik: Spore. Chciałbym, żeby z czasem nabrać jakości (sprzęt, profesjonalizm trenerów) tak, żeby działania pedagogiczne i zabawę uzupełnić o system kształcenia, by móc zaproponować coś w rodzaju szkoły artystycznej, która najpierw byłaby dobrym przygotowaniem do profesjonalnych szkół w Europie, a z czasem stanęła obok nich.

Ja: Czyli priorytetem jest w ty momencie pozyskanie jak największej liczby pieniędzy?

Królik: W bliższym czasie chciałbym, abyśmy mieli własna siedzibę, gotowana technicznie na to, aby mogły tam się odbywać treningi- nie tylko żonglerka, ale i akrobatyka, wszystko w powietrzu - trapez, chusta, chodzenie po linie, tak, by mogły tam się odbywać przedstawienia (oby z czasem regularnie kilka razy w miesiącu), konferencje, seminaria i warsztaty. Pragnę również, aby stało się to centrum młodzieżowych alternatywnych działań w Szczecinie (czyt. treningi różnych grup np. fire show ze Szczecina, grup muzycznych, tanecznych) - miejsce gdzie się „dzieje”. No i raz w roku albo co dwa lata - festiwal cyrkowy.

Ja: Reasumując, chce druh stworzyć coś w rodzaju takiego mini pałacu młodzieży? 

Królik: I tak i nie. Mam nadzieję - coś większego może niż pałac młodzieży i raczej w kierunku cyrk/teatr. Żadnych tam zajęć szachowych czy brydża. Konkretny profil.

Ja: A nie obawia się możliwości zatracenia tej pierwszej wizji. Tej sali dla cyrku, która przy muzyce, tańcach i śpiewach, może jakoś odejść na drugi plan?

Królik: Nie boję się tego, ponieważ takie jest założenie. Chodzi mi o to, aby dyscypliny się przenikały, aby każdy miał możliwość trenowania się artystycznie - a artysta to nie tylko żongler. To też choć trochę akrobata, aktor, tancerz, może śpiewak. Jak pooglądasz to, co teraz robią cyrki na świecie - to zobaczysz, że jak umiesz tyko żonglować, to nie masz tam szans- musisz czasem wystąpić w zbiorowej scenie i zatańczyć. Chodzi to, aby w tym, co chcemy pokazywać mieszać dyscypliny- robić widowisko, a nie zbiór numerów.

Ja: W kwestii festiwalu natomiast uważam, że przy odpowiednim porozumieniu z radą miasta, i nagłośnieniu sprawy na portalach tj. Kuglarstwo.pl wystarczy znaleźć wygodną salę gdzieś przy szkole, umówić się z dyrektorem, żeby udostępnili też klasy na ten weekend, i wszystko gra. Przecież festiwale takie jak toruńska Altergrawitacja są realizowane i nagłaśniane przy dużym udziale władz. Nie sądzi druh, że festiwal kuglarski mógłby być łakomym kąskiem dla ludzi od reklamy miasta?

Królik: Tu masz oczywiście rację. Zakładam, że pierwsze edycje tak będą wyglądać.Pytanie brzmi: Jakie jeszcze elementy się na takim festiwalu mają pojawić? Czy samo spotkanie i trening na Sali, czy może konkretne warsztaty? Wtedy trzeba im zapewnić miejsca nie koniecznie na wspólnej sali. Czy do tego jeszcze prezentacje? Bo przecież wtedy już nie na sali gimnastycznej.

Ja: Sądzę, że w Szczecinie jest wystarczająco dużo miejsc takich jak dziedziniec zamkowy czy sale teatralne.

Królik: Sądzę, że festiwal Altergrawitacja nie był perfekcyjnie przygotowany. Ale ja się lubię czepiać. Miejscami nie mieliśmy pojęcia, co się kiedy dzieje, warsztaty niby były, ale ich nie było, panował chaos organizacyjny. Cenię sobie spontaniczność, ale bez przesady. Generalnie mam chęć zorganizowania pierwszej edycji Zodiakowej namiastki festiwalu/konwencji już w następnym roku. Na początku lipca na przykład.

Ja: Czyli, że w przyszłości można się spodziewać w Szczecinie kuglarzy wysypujących się zza każdego rogu?

Królik: Myślę, że aż tak dużo nam ich nie trzeba. Lepiej pozostać wyjątkowym. Raczej spodziewajmy się sceny artystyczno-cyrkowej o wysokim poziomie i dobrej organizacji.

Ja: I nic dodać nic ująć. Dziękuję zatem, i życzę dobrej nocy. 

Zmieniony ( 09.10.2008. )